Qi Gong – moje odkrycie

Qi Gong – moje odkrycie

Być może niektórzy z Was znają już i uprawiają tę sztukę znaną od tysiącleci w Chinach. Ja odkryłam ją dopiero w tym roku. Przez przypadek (?). Otóż w pobliżu mojego miejsca zamieszkania, jedynymi interesującymi mnie zajęciami ruchowymi prowadzonymi w pasujących mi godzinach były właśnie zajęcia z Qi Gongu.  W styczniu 2018r. zjawiłam się zatem na pierwszych zajęciach, „na próbę”. Zaczęły się od pozycji „obejmowania drzewa” (Zhan Zhuang) .  Stoi się w niej na lekko ugiętych nogach, ze stopami rozstawiony trochę szerzej niż szerokość bioder, ręce zaś są wyciągnięte tak, jakbyśmy trzymali przed sobą ogromną piłkę lub drzewo właśnie.

O, spoko – myślę sobie – to całkiem łatwe. No więc stoimy tak i stoimy… Mija 5 minut: uda i barki zaczynają sztywnieć….. Mija 10 minut: zaczyna się drżenie mięśni i wiele innych nieprzyjemnych doznań…  jak długo jeszcze? Pomocy!…. Następne 5 minut było katorgą. Po 15 minutach takiego stania, odrobina ulgi, ale tylko odrobina: w pewnych ćwiczeniach można lekko wyprostować nogi. Lecz i tak większość z nich odbywała się na ugiętych nogach, z ewentualnym przenoszeniem ciężaru ciała z jednej nogi na drugą. Oprócz dygoczących nóg moim drugim „problemem” było zbyt duże wygięcie pleców w odcinku lędźwiowym, co nie uszło uwagi nauczyciela.  Jakaś dziwna sztywność nie pozwalała mi „schować ogona” tak, jak zalecał.  Faktycznie, ostatnio odczuwałam ból lędźwi po pół godzinie zwykłego stania lub chodzenia… Ciekawe, może to ma związek z tą sztywnością, bo mięśnie brzucha (których słabość może powodować dolegliwości dolnego odcinka pleców) mam raczej OK?  Po godzinie takich ćwiczeń, pozornie łatwiutkich: statycznych lub powolnych, wracałam do domu dosłownie na czworakach. Odczuwałam ogromną ciężkość w całym ciele i bolało mnie wszystko (no, prawie 🙂 )  stopy, łydki, uda, barki, szyja, plecy…  No  i , jak się domyślacie, oberwało także moje ego:  proszę, proszę, ja taka joginka, elastyczna i sprawna fizycznie, a tu taki policzek.  Muszę przyznać, że byłam dość zdezorientowana. Kontynuować ten Qi Gong czy nie? Czy to w ogóle jest dla mnie?  Wracać na czworakach po każdych zajęciach? A może dać sobie spokój i robić to, co lubię i co mi robi dobrze?

I całe szczęście, że przypomniały mi się słowa nauczycielki jogi: w praktyce jogi najwięcej uwagi należy poświęcać asanom, które sprawiają nam trudność, których nie lubimy i których najchętniej byśmy nie wykonywali.  Całe szczęście, że w pewnym momencie życie postawiło na mojej drodze tę osobę. Jestem jej bardzo za to wdzięczna. Rezygnując z zajęć Qi Gongu pozwoliłabym wygrać mojej naturalnej tendencji  unikania tego, co nieprzyjemne, niewygodne ale oznaczałoby to stanie w miejscu. Górę więc wzięła moja wrodzona ciekawość i potrzeba zrozumienia tego, co mi się przydarza.

Zaczęłam więc chodzić  regularnie na te zajęcia. Każde z nich wygląda pozornie identycznie: zaczynamy od 15 minut „obejmowania drzewa” , po czym następuje ok 20-minutowa seria wciąż tych samych ćwiczeń: powolnych ruchów ramion, bioder z ew. przemieszczaniem ciężaru działa z nogi na nogę. Potem np. powolne chodzenie, gdzie każdy krok wykonywany jest bardzo świadomie, oczywiście na mocno ugiętych nogach (a jakżeby inaczej). Dla obserwatora z zewnątrz nic spektakularnego, wręcz nuda. A jednak. Mimo, że ćwiczenia są ciągle te same od roku, za każdym razem moje ciało reaguje inaczej. Nawet w trakcie „obejmowania drzewa” pozycja nie jest całkowicie nieruchoma. Gdy tak sobie dłużej stoję to zauważam mikro-ruchy różnych części ciała ( nie chodzi tu o drżenie, ha,ha!). Tak jakby ciało szukało optymalnej pozycji, która mu zapewni stabilność  i równowagę za cenę jak najmniejszego wysiłku.  Właściwie to stanie jest rodzajem medytacji. Sprytni Chińczycy zauważyli, że nawet pozycja lotosu dla niektórych medytujących może być tak wygodna, że mogą stracić czujność umysłu, za to w pozycji stojącej zasnąć raczej nie można.  Stoimy zatem  i obserwujemy doznania płynące z naszego ciała. Uczymy się go. Uczymy się też odpowiedniego postrzegania: czasem wydaje nam się, ze stoimy prosto, a tak naprawdę to tylko iluzja – jesteśmy pochyleni lekko w tył lub w przód. Co ciekawe wraz ze zwiększaniem się stopniowo stabilności w pozycji, zwiększa się stabilność umysłu. Gonitwa myśli ustaje, skupiamy się na tu i teraz. Można powiedzieć, że mniej myślimy, a bardziej odczuwamy. To pierwsza korzyść. Druga to taka, że przez taką godzinę powolnej pracy z ciałem obdarzamy się uwagą. I to jest bardzo cenne, bo zwykle, aby zaleczyć nasze egzystencjalne rany / wypełnić egzystencjalną pustkę, aby poczuć, że istniejemy, staramy się zdobyć uwagę otoczenia, zaistnieć w cudzych oczach. Teraz, obserwując uważnie doznania płynące z naszego ciała,  dajemy sobie tę uwagę sami. Stajemy się tym samym coraz bardziej niezależni od opinii i emocji  innych ludzi.

Jak wygląda moja praktyka po prawie roku? No cóż, robimy wciąż to samo 🙂 . Ale za to jaka zmiana! Przede wszystkim nie wracam już na czworakach 🙂 , przestały mnie boleć plecy i jestem w stanie wystać te 15 minut Zhan Zhuang-u  względnie komfortowo. „Ogon” też zaczął się już chować, choć jeszcze trochę do ideału brakuje – wszystko przede mną. Mam nogi dobrze przygotowane do sezonu narciarskiego 🙂 .  No i, co najważniejsze: nie jestem już tak zmęczona po zajęciach, wręcz przeciwnie: czuję przypływ energii.  Nasz nauczyciel twierdzi, że wykonując to statyczne ćwiczenie z cierpliwością i uważnością, uczymy ciało nowych postaw i rozmontowujemy tym samym nie tylko stare struktury fizyczne ale i stare schematy zachowań. Bo to w ciele zapisana jest nasza pamięć emocjonalna, często w postaci przyblokowanej energii. Jej uwolnienie, „udrożnienie” jej obiegu wpływa również harmonizująco na naszą równowagę emocjonalną. Zobaczymy…

Szukając do tego artykułu ilustracji przedstawiającej Zhan Zhuang trafiłam na ciekawy blog o Qi Gong i Tai Chi , który możecie znaleźć tutaj  i pozwolę sobie zacytować z niego tylko fragment poświęcony Zhan Zhuang

 Profesor Yu mówi o praktyce Zhan Zhuang tak:

„Na początku nie wierzyłem, że stanie nieruchomo może być ćwiczeniem, powoli jednak zacząłem je rozumieć.  Nie wierzyłem na początku z trzech powodów: po pierwsze jak stanie nieruchomo może być w ogóle ćwiczeniem? Po drugie, jak to jest możliwe, że stanie nieruchomo może wyleczyć chorobę? Wielu chorych ludzi próbowało bezskutecznie leczyć się metodami medycyny chińskiej bądź zachodniej, jednak stanie nieruchomo w parku okazywało się być dla nich bardzo korzystne. Trudno było mi w to uwierzyć, że możesz poprawić swój stan zdrowia bez żadnych lekarstw. Uwierzyć w to można dopiero wtedy, gdy samemu się tego spróbuje. Po trzecie, trudno było mi uwierzyć, że stanie nieruchomo uczyni mnie silniejszym. Większość ludzi uważa, że tylko wyczerpujące ćwiczenia wzmacniają tężyznę fizyczną i siłę.

Na czym więc polega zagadka Zhan Zhuang?

Robiliśmy eksperymenty ze sportowcami i lekarzami i zdaliśmy sobie sprawę, że ta forma ćwiczeń, sięgająca wstecz 2,7 tys lat do czasów Lao Tzu, jest jedną z najbardziej starożytnych form wschodnich ćwiczeń. Pierwszym celem Zhan Zhuang jest poprawa zdrowia, drugim wyregulowanie przepływu witanej energii w ciele, a po trzecie zawarty jest w tym ćwiczeniu element samoobrony. Gdy zła osoba stanie na twojej drodze, będziesz w stanie się obronić, nie będziesz się bać. Jak powiedział Lao Tzu: „Ci którzy poskromili siebie, nie obawiają się tygrysów”. Oznacza to, że zabijesz tygrysa, zanim on cię zje. To także jest celem tych, którzy pracują nad sobą.[1]

[1] http://qigong-taichi-rawicz.blogspot.com/p/blog-page.html

Podaj dalej
Brak komentarzy

Dodaj Komentarz

0